

Każdy, kto choć trochę interesuje się rynkiem zabawek dla dorosłych, nie mógł nie słyszeć o marce We-Vibe. Ich przełomowy wibrator dla par w kształcie litery C lub U, w zależności kogo zapytać, wywołał rewolucję na rynku gadżetów erotycznych, ponieważ zaproponował zupełnie nowy sposób korzystania z sex zabawek. Założenie jest proste: jedno z ramion wibratora znajduje się w pochwie, drugie na łechtaczce, przy czym gadżet jest na tyle niewielki, że bezproblemowo umożliwia też penetrację pochwy penisem, a wewnętrzna część ma za zadanie stymulować też partnera.
Wydaje się łatwe, jednak przed Chorusem Pro We-Vibe przez lata wypuszczał na rynek wiele modeli, każdy lepszy i lepiej dopracowany od poprzedniego, a ich najnowszy gadżet ma być ukoronowaniem tej pracy. Jak jednak ma się to do rzeczywistości?
Dopasowanie do ciała - najważniejszy element
Był to dla mnie czynnik absolutnie kluczowy, ponieważ moim zdaniem, jeśli anatomicznie wibrator dla par Wam nie podpasuje, to wszystko inne będzie sprawę drugorzędną. Nie będę udawać, że pierwsze założenie go było całkowicie intuicyjne od razu. To zabawka, która wymaga chwili poznania własnego ciała i ustawienia wszystkiego tak, żeby było komfortowo. Jedną z jego najważniejszych cech jest giętka szyjka. To nie jest detal marketingowy - realnie pozwala dopasować zabawkę do różnych pozycji i anatomii. Większość tego typu zabawek ma elastyczną szyjkę, ale ta elastyczność polega zwykle na tym, że można ją wygiąć, by po chwili gadżet wrócił do pierwotnej pozycji. Tu jest inaczej - tak jak ustawimy szyjkę, tak ona pozostanie i tylko naprawdę mocne ruchy ciała są w stanie to ustawienie zakłócić.
Bardzo dobrym sygnałem był dla mnie moment, gdy pierwszy raz Chorus znalazł się we mnie, ponieważ wewnętrzne ramię od razu „ułożyło się” u mnie w pochwie, a zewnętrzne niemal idealnie przylegało do łechtaczki. Wtedy odetchnęłam z ulgą, ponieważ słyszałam (i raz się o tym przekonałam), że w tańszych zamiennikach często zewnętrzne ramię jest tak duże, że w trakcie użytkowania ląduje sporo nad łechtaczką.
Drugi kluczowy moment – sam stosunek i to, czy gadżet nie wysuwa się w trakcie penetracji. I znów: niesamowita satysfakcja, ponieważ gdy penis partnera się ze mnie wysuwał, gadżet pozostawał na swoim miejscu. Dzieje się tak dzięki jego budowie, a konkretnie wzgórku na wewnętrznym ramieniu, który sprawia, że w pewnym sensie „zahacza się” ono o ściankę pochwy, gdy penis próbuje pociągnąć gadżet za sobą.
Silikon natomiast jest miękki, przyjemny w dotyku, a przede wszystkim całkowicie bezpieczny. Nic nie trzeszczy, nic nie sprawia wrażenia taniego plastiku. Pod względem wizualnym i jakościowym - totalnie gadżety premium.

Przyjemność dla par - ale czy na pewno?
Dla mnie jest to gadżet, który niesamowicie urozmaica stosunek i spełnia swoje zadanie w stu procentach - umożliwia stymulację łechtaczki podczas penetracji bez użycia rąk. Było to szczególnie przyjemne, gdy partner był bardzo blisko mnie i swoim ciałem dociskał mi jeszcze zewnętrzne ramię do łechtaczki, ponieważ wtedy jeszcze mocniej odczuwałam wibrację. Część wewnętrzna była przyjemnym dodatkiem, ale u mnie game changerem było zdecydowanie zewnętrzne ramię.
Według producenta gadżet ma jednak służyć obu stronom zabawy. Czy więc mój partner czuł znaczącą różnicę, jeśli chodzi o odczucia płynące z wewnętrznego ramienia? Nie do końca. Skwitował to krótkim „jest okey”, a dużo większą przyjemność sprawiało mu kontrolowanie wibracji za pomocą pilota i obserwowanie moich reakcji.
Wibracje - czy mogą czymś jeszcze zaskoczyć?
Mamy tu trzy silniczki, które robią ogromną robotę. I to nie jest tylko liczba „na papierze” - faktycznie czuć różnicę w porównaniu do prostszego modelu, który miałam okazję wcześniej testować. Wewnętrzna część daje głębokie, rytmiczne odczucia, które dają nico inne doznania niż klasyczna wibracja. Ciężko mi to dokładnie opisać, ale określiłabym je bardziej jako „masujące”, ponieważ ma się wrażenie, że wibracje rozchodzą się stopniowo po całym ramieniu. Zewnętrzna część skupia się na intensywnej stymulacji łechtaczki i razem tworzą coś, co faktycznie można określić jako doznanie „inne niż zazwyczaj”. Mamy do dyspozycji wiele różnych rodzajów wibracji. Czasem bardziej intensywne, czasem falujące, czasem subtelnie pulsujące. To sprawia, że nie ma poczucia monotonii nawet przy dłuższym używaniu.
Fusion Wave: marketing czy realna różnica?
Podchodziłam do tej technologii trochę sceptycznie, bo „nowa technologia falująca” brzmi jak coś, co łatwo sprzedać, a trudniej odczuć. Ale… tutaj faktycznie coś w tym jest. Fusion Wave daje wrażenie ruchu, który nie jest statyczny. Zamiast jednej stałej intensywności, odczucia przechodzą między punktami, jakby „przepływały” po ciele. Trochę tak, jakby fala wibracji raz rozchodziła się po ciele, raz cofała, przypominając naturalne ruchy fal. Nie nazwę tego rewolucją, ale zdecydowanie jest to coś, co wyróżnia Chorus Pro na tle wielu innych zabawek. Traktuję to jednak jako miły dodatek, a nie coś, co byłoby czynnikiem decydującym przy wyborze zabawki.
Pilot haptyczny: najbardziej „intymny” gadżet w zestawie
To jest element, który naprawdę zmienia dynamikę używania tej zabawki w parze. Pilot nie tylko steruje wibracjami, ale też sam wibruje w czasie rzeczywistym. I to robi zaskakująco dużą różnicę - partner może dużo bardziej intuicyjnie sterować zabawką, ponieważ może dokładnie poczuć, jak Chrus w danym momencie wibruje. Dodatkowo sposób sterowania przez ściskanie jest dużo lepszy i wygodniejszy niż klasyczne kliknięcia, ponieważ ma się dużo większą kontrolę nad intensywnością działania, a zmiana wibracji jest o wiele bardziej płynna. Dla mnie to był jeden z tych elementów, które faktycznie dużo zmienił, jeśli chodzi o poczucie synchronizacji podczas używania wibratora dla par.

Aplikacja We-Vibe: dodatkowa opcja dla zainteresowanych
Nie będę ukrywać - dla mnie aplikacje w wibratorach dla par są zupełnie niepotrzebne, ponieważ nie używam ich z partnerem na odległość, a trzymanie w ręce telefonu podczas stosunku nie przekonuje mnie zbytnio. Dlatego apkę przetestowaliśmy jedynie tylko na potrzeby tej recenzji, żeby móc Wam coś więcej o niej powiedzieć.
Byłam mile zaskoczona tym, jak intuicyjna jest aplikacja. Parowanie było szybkie, interfejs czytelny, a sterowanie nie sprawiało wrażenia „walki z technologią”. Najbardziej spodobała mi się możliwość tworzenia własnych trybów, choć u nas wywołała ona dużo śmiechu, ze względu na to, jak trudna jest precyzja w „rysowaniu” wzorów na ekranie podczas współżycia, przez co niejednokrotnie uzyskiwało się efekt odwrotny do zamierzonego, jeśli chodzi o intensywność wibracji. Ale momentami ten element zaskoczenia był naprawdę ekscytujący. Jednak my zdecydowanie bardziej preferujemy pilot.
No i oczywiście opcja zdalnego sterowania zarówno w tym samym pomieszczeniu, jak i na odległość - otwiera zupełnie nowe możliwości dla par, które lubią zabawy online. Pomimo tego, że głównym przeznaczeniem zabawki jest jej używanie podczas seksu penetracyjnego, to nic nie stoi na przeszkodzie w poszukiwaniu innych możliwości jego zastosowania solo, na przykład w połączeniu z inną zabawką.
Komfort i ergonomia - czyli kwestia dopasowania
Nie wszystko jest idealne i warto o tym powiedzieć szczerze. Przy dłuższym używaniu zauważyłam, że zewnętrzna część może być dla niektórych osób trochę zbyt intensywna - szczególnie jeśli ktoś ma bardziej wrażliwą łechtaczkę. Z kolei wewnętrzne ramię, choć dobrze zaprojektowane, w niektórych pozycjach może być odczuwalne jako „przeszkadzające”. To nie jest problem samej zabawki, tylko jej fizycznej obecności - przy głębszej penetracji trzeba czasem znaleźć odpowiednie ustawienie. To zdecydowanie sprzęt, który nagradza eksperymentowanie, a nie działa idealnie „od razu w każdej pozycji”. Z naszego doświadczenia wynika, że najlepiej z Chorusem sprawdza się klasyczna pozycja na misjonarza, ale tu wyjątkowo powtarzam: najpewniej dopiero po kilku razach będziecie w stanie w pełni cieszyć się możliwościami tej zabawki, gdy już odkryjecie, w jakich pozycjach najlepiej z nią rezonujecie.
Etui, w którym się zakochałam
Ogromny plus za etui ładujące. Brak kablowego chaosu to coś, co docenia się dopiero, gdy po raz pierwszy jest się od niego wolnym. Etui jest jednocześnie stacją ładującą, które ładujemy zwykłym kablem USB-C, dzięki czemu nie musimy pilnować kabla dedykowanego tylko temu gadżetowi, jako że kabel typu C ma w domu praktycznie każdy z nas. Od razu po włożeniu wibratora i pilota do etui zaczynają się one ładować, ponieważ „gromadzi” ono baterię i trzeba jedynie pamięta, żeby co jakiś czas je podładować. Więc ryzyko „umarcia” gadżetu w połowie zabawy jest tu ograniczone do minimum. A poza tym - to etui jest po prostu piękne i uwielbiam to, jak bardzo zwiększa ono komfort przechowywania gadżetu.
Podsumowanie
We-Vibe Chorus Pro to zdecydowanie najbardziej dopracowany wibrator dla par, jaki miałam okazję testować. Łączy w sobie świetną jakość wykonania, mocne i głębokie wibracje oraz technologie, które faktycznie mają wpływ na komfort i intensywność doznań, a nie są jedynie marketingowym dodatkiem. Najbardziej wyróżnia go pilot haptyczny, anatomiczne dopasowanie i niewiarygodnie wygodne etui. Oczywiście wysoka cena może być dla wielu osób barierą, a sam model wymaga chwili na poznanie i odpowiednie ustawienie, ale jeśli ktoś szuka luksusowego, nowoczesnego gadżetu, który realnie wzmacnia bliskość i daje nowe możliwości we wspólnym odkrywaniu przyjemności, Chorus Pro zdecydowanie jest wart uwagi.
Link do produktu: Chorus Pro