

Odkąd świat gadżetów erotycznych podbił Lush, wibrujące jajeczko sterowane aplikacją, można czasami odnieść wrażenie, że jest to jedyny produkt, jaki ma do zaoferowania Lovense – marka, która je stworzyła. Może wynikać to z tego, że ich flagowy produkt jest po prostu tak rozpoznawalny, że wiele osób właściwie utożsamia go z samą marką i nawet nie myśli o tym, jakie inne produkty ma ona w swojej ofercie. Cóż, tak to czasami jest, gdy stworzy się niemalże „viralowy” produkt. A szkoda, ponieważ inne gadżety Lovense niczym nie ustępują Lushowi i dlatego dziś podzielę się z wami moimi wrażeniami po przetestowaniu jednego z nich.
Contents
Gravity, czyli główny bohater tej recenzji, przychodzi zapakowany w pudełko charakterystyczne dla marki Lovense – białe, minimalistyczne, z nielicznymi grafikami, które już od początku wskazują, że zaawansowana technologia zastosowana w zabawce jest tym, czym marka ta się wyróżnia. Po otwarciu pudełka wrażenie to się potwierdza – gadżet jest wspaniale wykonany, silikon jest niesamowicie przyjemny w dotyku, ale próżno szukać dodatkowych zdobień czy elementów mających pełnić funkcję jedynie estetyczną. „Funkcjonalność i nowoczesna technologia” – to słowa którymi opisałabym tę zabawkę. Osobiście jestem trochę sroką i przywiązuję wagę do wizualnych aspektów gadżetów erotycznych, jednak w przypadku Gravity nie miało to dla mnie dużego znaczenia, ponieważ pomimo swojej prostoty gadżet i tak mi się podobał.
Pierwsze co mnie w nim zachwyciło, to silikon, z którego jest wykonany. Mogłoby się wydawać, że silikon to silikon, nie ma pomiędzy nimi żadnej różnicy, ale musicie mi uwierzyć – jak tylko bierze się Gravity do ręki, to od razu się czuje, że jest to materiał najwyższej jakości. A dla mnie to podstawa – jeśli już od początku coś nie gra mi z materiałem, wiem, że się z tą zabawką nie dogadamy.
Przejdźmy jednak do tego, co pewnie większość z was najbardziej interesuje – czy gadżet ten rzeczywiście można porównywać z doznaniami, jakie dostarcza nam seks z partnerem? Główną funkcją Gravity jest bowiem ruch „góra–dół”, który jest dla nas dostępny w pięciu różnych trybach, od delikatnych i wolnych, po bardziej intensywne. Moja odpowiedź na to pytanie brzmi: nie do końca. Zanim jednak poczujecie rozczarowanie, pozwólcie, że zapewnię was, że gadżet ten doskonale spełnia swoją funkcję. Ruch posuwisto–zwrotny (wiem, wspaniała nazwa, ale on naprawdę się tak nazywa) w zabawce świetnie stymuluje ścianki pochwy i dostarcza mnóstwo przyjemności, jednak jest to inny rodzaj doznań niż to, które dostarcza nam seks z drugą osobą. Ani lepszy, ani gorszy, po prostu inny. A to właśnie jest główne zadanie zabawek erotycznych – nie mają być substytutem drugiej osoby, tylko urozmaiceniem życia erotycznego.

Jedną z rzeczy, jakiej się obawiałam, gdy wybrałam sobie do recenzji właśnie ten gadżet, było to, że jego działanie wygląda dobrze tylko w teorii i na filmikach promocyjnych. Skąd ta obawa? Nie raz już bowiem zdarzyło mi się widzieć gadżet z podobną funkcją, który po trochę mocniejszym ściśnięciu go dłonią po prostu się zatrzymywał. Nie trzeba wiele, żeby się domyśleć, że podobnie by się to skończyło po włożeniu go do pochwy czy do odbytu. Jednak Lovense stanęło tu na wysokości zadania – jeśli zapewnimy zabawce odpowiedni poślizg, gadżet działa znakomicie.
Jestem też jedną z osób, na które wibracja niekonieczne działa, jeśli chodzi o stymulację pochwy. Dużo lepiej sprawdzają się u mnie szklane dilda, albo właśnie gadżety, które w jakiś sposób się poruszają. Dlatego też nie byłam pewna, czy druga funkcja Gravity, jaką jest właśnie wibracja, cokolwiek mi da. I tu trochę moje przypuszczenia się sprawdziły – dużo więcej przyjemności dostarczył mi ruch „góra–dół” i pomimo, że wibracja była naprawdę głęboka i intensywna, to nie był to dla mnie efekt wow. Czuję jednak, że wynika to jedynie z moich osobistych preferencji, dla osób, które lubią wibrujące, dopochwowe gadżety, połączenie obu funkcji Gravity może okazać się starzałem w dziesiątkę. A dla tych, którym tak jak mi, jedna z funkcji bardziej przypadnie do gustu niż druga, każdą z nich możemy sterować oddzielnie, więc ustawiać możemy je sobie dowolnie.
Lovense jest marką, która w dużej mierze swoją popularność zawdzięcza stworzonej przez siebie aplikacji, umożliwiającej sterowanie gadżetem z dowolnego miejsca na ziemi. Jest to ta sama aplikacja, którą sterujemy Lushem – jeśli więc w waszej kolekcji znajduje się już kultowe jajeczko, sterowanie Gravity będzie dla was banalnie proste. Oprócz zdalnego starowania aplikacja umożliwia również tworzenie własnych wzorów wibracji, synchronizowanie pracy gadżetu z innym gadżetem Lovense, a nawet ustawienie dokładnej godziny, o której zabawka ma zacząć działać. Jednak tym, co może być szczególnie interesujące, jeśli chodzi o tę konkretną zabawkę, to to, że można ją też połączyć z drugą aplikacją: Lovense Connect. Aplikacja ta daje nam możliwość zsynchronizowania pracy zabawki z filmami erotycznymi na platformach streamingowych. Mówiąc prościej: gadżet będzie odwzorowywał tempo i intensywność ruchów aktorów na ekranie. Dostępnych filmów jest mnóstwo, więc jeśli ktoś z was lubi takie połączenia, Lovense jest obecnie jedną z nielicznych marek, które mogą to zaoferować.

Czymś , co wyróżnia Gravity na tle innych, podobnych zabawek, jest również to, że można ją używać zarówno z przyssawką, jak i bez. Dodatkowo, gdy gadżet jest połączony z przyssawką, można go ustawić pod dowolnym kątem, a przy zmianie pozycji dopasowuje się on do naszych ruchów. Jest to według mnie świetna opcja, bo często zabawki z tego typu ruchem są na stałe przytwierdzone do przyssawki i ich ruchomość jest mocno ograniczona. Przyssawka jest bardzo mocna i moim zdaniem nie ma możliwości, żeby odczepiła się od jakiejkolwiek płaskiej powierzchni, jeśli tego nie chcemy.
Jednym z moich ulubionych połączeń zawsze było niewibrujący gadżet dopochwowy + stymulacja łechtaczki. Jednak jest to o tyle trudne, że czasami bardzo niewygodne jest używanie dwóch zabawek jednocześnie, a wibrator króliczek nie zawsze dostarczał mi takiej stymulacji jakiej potrzebowałam. I to jest coś, za co naprawdę pokochałam Gravity. Używając tego gadżetu, nie muszę zbytnio skupiać się na tym, jak poruszać dopochwowym gadżetem, ponieważ Gravity wykonuje te ruchy za mnie, dzięki czemu jednoczesna stymulacja łechtaczki staje się dużo bardziej precyzyjna. Jak do tej pory Gravity w pojedynkę jeszcze nie udało się doprowadzić mnie do orgazmu, ale w połączeniu ze stymulatorem łechtaczki zapewnia on niesamowite doznania.
Jeśli lubicie przechowywać zabawki w oryginalnych pudełkach, tym razem radzę wam porzucić ten pomysł – wypełnienie jest dokładnie dopasowane do rozmiarów Gravity w stanie spoczynku, a po wyłączeniu gadżet może się zatrzymać w dowolnej „pozycji”, jeśli chodzi o wysokość i wtedy już nie mieści się w pudełku i czasami potrzeba kilku prób, aby wyłączyć go w odpowiednim momencie. Producent dołącza jednak do zestawu woreczek do przechowywania, w którym można bezpiecznie trzymać gadżet.
Moim zdaniem, Gravity to gadżet, który zasługuje na taką samą popularność jak Lush, ze względu na to, jak bardzo jest on dopracowany i jak wiele zawansowanych technologicznie funkcji oferuje. Jedyne wady, jakie w nim znalazłam, to dość głośne działanie i cena. Jeśli dzielicie mieszkanie ze współlokatorami, głośność Gravity może być problemem – jest to jednak coś, czego jak do tej pory moim zdaniem nie udało się wyeliminować żadnej marce, która wypuściła na rynek gadżet z ruchem „góra–dół”. Mam nadzieję, że problem ten kiedyś zostanie wyeliminowany. No i cena. Gravity, tak jak pozostałe produkty Lovense, jest gadżetem z górnej półki cenowej. Jednak moim zdaniem jest on wart swojej ceny. Jeśli jednak nie chcecie wydawać kilkuset złotych na gadżet o takich funkcjach, podobny efekt możecie uzyskać kupując zwyczajne dildo z przyssawką – jednak wtedy będziecie musieli liczyć na siłę własnych mięśni!